Rzecz będzie o formie. O tym jak pisać, jak czynić, te
wszystkie "jak" dodawać do siebie "czym", "na co i po
co". Rzecz nie będzie stricte o pisaniu, ale też o postrzeganiu. Jeszcze
czasem się zastanawiam czy lepiej być dobrym w jednej, konkretnej dziedzinie
czy być wszech-wiedzącym. Pewnie dla uczestnika "Jeden z dziesięciu"
zbawienne będzie to drugie, dla fizyka z Noblem to pierwsze. Może być tak, że
obydwaj wybiorą drugi biegun. Do rozważań załącza się również Gombrowiczowska
definicja formy, ale nie powtarzajmy się wraz z modnymi jej opracowaniami i
ściągą peel, bo nie o tej rodzaj chodzi. Dla refleksji najważniejsze jest
pytanie: jaka forma się sprawdza, która jest tą uniwersalną i dla-wszystkich?
Chodzi tu tylko o literaturę, zostawmy na nieobrobionym poletku wszystko insze.
Wydaje mi się, że najlepsi pisarze sprawdzają się we wszystkim, są dowody na
to; że taki Gombro napisał dramat, choć - mówili - do teatru ani rusz.
Przykładów wiela, każdy ma jakiś swój prywatny przykład na wszechstronnego
ulubionego-autora. Mi jednak chodzi po głowie myśl o luźnym wypracowaniu modelu
na miarę naszych czasów (tak, tak, w jednym woreczku taka Baudrillardowska
hiperrzeczywistość, konsumpcjonizm i popkultura; operujmy lepiej ogólnikami i
generalizujmy jak tylko można). Innymi słowy, czy istnieje formuła na dzieło
literackie, która podpasuje dosłownie w s z y s t k i m na tej planecie?
TERAZ. Nie, zdecydowanie nie. Chociaż stworzenie męskiej hybrydy
DostojewskoCoelhoHomeroSzekspiroMarquezoKingoCamusa∞ jest bardzo kuszące. Specjaliści od marketingu i od-czegoś-jeszcze
spytają: no ale do jakiej grupy, jaka nisza, jaki gatunek literacki ∞.
Umówmy się, że są trzy typy czytelników:
a. czytają wszystko
b. czytają to, co tolerują
c. czytają od święta, bo wypada i dostają
książkę w prezencie
Jest jeszcze jedna kategoria tych, którzy
nie czytają. Nie ma się czego wstydzić, nie zawsze czas, nie zawsze jest co,
nie zawsze wzrok działa. I teraz pytanie kluczowe: jak dla tych wszystkich stworzyć książkę idealną? OTÓŻ:
- zacznijmy od tego, że czytamy po okładce: ma być ani
twarda, ani miękka - papier nie za bardzo chamois (czyli ten drogi), nie za
kredowy (czyli ten tani) - nie za mądry tytuł, nie za kretyński - kolor nie za
spokojny, nie za nachalny
- strony: >150
- treść: o wszystkim i niczym; żeby zaspokoić wszystkie
gusta: połączenie gatunków fantasokryminałoegzystencjalnoreportażowego,
okrasić mądrościami Buddy i Mao Tse-tunga.
I tyle. I nic. Może jednak pokusić się o stworzenie kobiecej
wersji hybrydy, to jednak będą ludzie z tej książki idealnej...?

Bardzo trafne uzasadnienie tego, czego to wszyscy szukają w tej literaturze, a czego znaleźć nie mogą. Trochę to jak poszukiwanie igły w stogu siana - niewielu się udaje (mimo eksperymentów w stylu "american hard porn style" - aka "... Grey"), co bynajmniej nie oznacza, że należy rezygnować z poszukiwań. Poszukiwań formy doskonałej, choć istniejącej tylko jakby z przymrużeniem oka.
OdpowiedzUsuń