Książki są po
to, by mieć do czego wracać. Przynajmniej te ulubione. Mam jednak wrażenie, że
zapełnianie pokoju, ścian, półek pozycjami książkowymi często ma za zadanie
przydać nutki intelektualnej mieszkaniu czy jego właścicielowi. Ładnie
wyglądają, nie grzech wydać dodatkowej kiesy na ten szlachetny ozdobnik.
Bibliofil zbiera dla materialnej oprawy i estetyki, zaangażowany książkofil
zbiera dla podkreślenia swojej misji czytelniczej. Są też osobniki, które
potrzebują książek do pracy. Podsumowania nie będzie, bo trudno odgadnąć
szczere intencje tego, co książki posiada. W gruncie rzeczy są one
niepraktyczne: na trzonie kurz się gromadzi bardzo szybko, łapią wilgoć niczym
gąbka (szczególnie te, co stoją przykładnie na parapecie). Dla takiego Kiena - bohatera Auto da fé Canettiego - prywatna biblioteka była
sobie takim nadczłowiekiem i to nie tym Nietzscheańskim. (Pozycja grubaśna,
czcionka najmniejsza z możliwych, momentami nużąca, ale ostatecznie warto
przeczytać dla klimatu nadrealności powieści). Niektórzy trzymają dla samego
trzymania czy zbierają dla samego zbierania; można też je posiadać, bo szkoda
wyrzucić (odnoszę do akcji książkobranie). O czym tu miało być... ach, to, że
przy sobie chcę mieć te cuda literatury, do których chcę wracać. I tak
właściwie, nigdy nie wracałam, aż do niedawna. To sprawdzony patent, bo
wiadomo: odkrywa się siebie na nowo, wraca się do fascynujących mózg momentów
literackich czy dokłada się cegiełkę do życia duchowego. Czytanie w końcu
rozwija, mnie czasem uświadamia, jakim naiwnym człek był na wcześniejszej
drodze czytelniczej. Czyli rozwija.
A wszystko to wywleczone po to, by zarzucić manifestem: OTRZEPUJCIE KSIĄŻKI Z KURZU. Nie jedzcie przy niej, nie drapcie przy czytaniu za mocno różnych partii swojego ciała (książka zachowuje odpryski). Do bibliotek - szczególnie tych co mieszczą się w zapyziałych miejscach typu kamienica - wasze książki śmierdzą. Jest na to jakaś rada? Im starsza, tym bardziej zatęchła. Niby wszystko w porządku, ogrzewanie zimą jest, latem okna otwierane, sprzątaczka na etat, jednakże... coś z tymi książkami nie tak. Otwierasz sobie taką nowiusieńką, zapach papieru prosto z drukarni, jest czym się delektować. A ja lubię książki wąchać, wszystkie, więc wyobraźnia działa. Poprzedni czytelnik mojej aktualnej wypożyczonej jadł coś solonego i miał mokre ręce, może się też z nią kąpał. Także sami rozumiecie... dbajta o książki, ludzie.
A wszystko to wywleczone po to, by zarzucić manifestem: OTRZEPUJCIE KSIĄŻKI Z KURZU. Nie jedzcie przy niej, nie drapcie przy czytaniu za mocno różnych partii swojego ciała (książka zachowuje odpryski). Do bibliotek - szczególnie tych co mieszczą się w zapyziałych miejscach typu kamienica - wasze książki śmierdzą. Jest na to jakaś rada? Im starsza, tym bardziej zatęchła. Niby wszystko w porządku, ogrzewanie zimą jest, latem okna otwierane, sprzątaczka na etat, jednakże... coś z tymi książkami nie tak. Otwierasz sobie taką nowiusieńką, zapach papieru prosto z drukarni, jest czym się delektować. A ja lubię książki wąchać, wszystkie, więc wyobraźnia działa. Poprzedni czytelnik mojej aktualnej wypożyczonej jadł coś solonego i miał mokre ręce, może się też z nią kąpał. Także sami rozumiecie... dbajta o książki, ludzie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz