wtorek, 4 lutego 2014

Z niepokojem pod pachę

Wesołe to takie, rozentuzjazmowane, we wszystkim upchnąć można kolorowe złudy; łudzi się taki człek, że zawsze może być lepiej, zawsze mocniej. Może i nie łudzi. A może nie wstyd przyznać przed samym sobą, że ciąży nad nami niejasna presja wielkiego b y c i a , gdzieś się zakręcić w danym poletku wszechświata. No dobra, jesteśmy upchnięci w dajmy na to w bloku z betonu, niektórzy siedzą w dubajskich wieżowcach, za to niektórzy nie mają gdzie się podziać. I nie wstyd przyznać, że ta nowoczesna kultura wytwarza całe mnóstwo innych presyjek, które czyhają na każdego zza rogu; mógłby się oprzeć się nim tylko tybetański mnich i to z prostego powodu - nie mają one do niego dostępu. Ani on sam do nich. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to tak nas ta nasza POPkultura usadziła, że zawsze z którejś strony pojawi się urobiony mądrala szeptający do uszka swoje prawidła: to zęby za żółte, to ogon za krótki, to twoja twarz taka jakaś nijaka. Twoja tożsamość to jakaś mdła idea, twoja matka źle wychowała, twoja ambicja jakaś taka rachityczna. Wiadomo, nie da się żyć samymi marzeniami, z pochwałą bierności i ze stoicką obojętnością spoglądać na rynkową przekupkę. Ale co to za kultura, która ładuje w swoich człowieczków potrzebę doskonalenia za pomocą marketingowych sztuczek? Budda by się załamał, bo o ile on głosił ścieżkę samodoskonalenia, w której trzeba było przyjąć jedną ważną kwestię: otóż CIERPIENIE istnieje i jest nieuniknione. Cała reszta oświecenia jakoś do ciebie dojdzie, o ile wykażesz minimum zainteresowania i pokory. Nie przekory. Teraz by Buddę wysłali do terapeuty (weźże bożku, ludzi karmisz negatywami), zapisali na dietę (no wiesz, tak do ludzi...) i wcisnęli mu nieskończoność niepotrzebnych mu rzeczy (nowy telefon na abonament, nowy mózg, nowe jestestwo). Droga do doskonałości zamknięta. I wtedy, podczas takich rozmyślań włącza się mój ulubiony Fernando Pessoa, który poetycko dookreślil jak to WARTO NIE BYĆ. I bądźdże tu doskonali... ocipiali, oniemiali.

Erich Fromm pisał o wyborze mieć-być; wolicie mieć czy być? W skrócie: mamy dwa sposoby doświadczania, z czego pierwszy dotyczy zdobywania, a drugie kreowania. Innymi słowy, czy wolisz kupować i oddać się w posiadanie rzeczy czy na odwrót? Niestety, odpowiedź nie jest taka prosta, bo zawsze cię skusi jakaś promocja w supermarkecie i sięgniesz ze wstrętem po obtaniony krem na zmarszczki i z myślą "i tak wam nie wierzę". Z drugiej zaś strony: jak szczęśliwie być sobie beztrosko wśród tego targowiska próżności-słodkości i być całkowicie znieczulonym na ich świetlistość. Jesteśmy mądrzy, wiemy, że nie wszystko złoto co się świeci; ale nie możemy całkowicie się od tego odciąć. NIESTETY. 

A ja preferuję postawę podejrzliwą, nawet w momentach euforycznego szczęścia. Nie dlatego, że unikam radości ani nie kocham pesymizm; ale powtarzam sobie zawsze, że niepokój nie jest taki zły. Od NIEPOKOJU zaczyna się świadome bycie, więc i konsumpcjonizm nie taki straszny.

"Im dłużej przyglądam się spektaklowi świata i płynnej zmienności rzeczy, tym głębiej sobie uświadamiam wrodzoną fikcyjność wszystkiego, fałszywy splendor wszystkich rzeczywistości. I w tej kontemplacji, której wcześniej czy później oddaje się każda myśląca istota, cały ten wielobarwny pochód mód i obyczajów, wielotorowa droga postępów i cywilizacji, prześwietny chaos imperiów i kultur wydają mi się mitem i fikcją, śnionymi pośród cieni i ruin. Tyle że nie wiem, czy ostateczna definicja wszystkich martwych zamiarów, nawet tych zrealizowanych, powinna się zawierać w statycznej abdykacji Buddy, który, pojąwszy próżność wszystkiego, uniósł się ze swojej ekstazy ze słowami „Wiem już wszystko”, czy też w aż nazbyt doświadczonej obojętności cesarza Sewera: Omnia fui, nihil expedit – byłem wszystkim, nic nie jest warte zachodu." F. Pessoa, Księga niepokoju

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum

*